Dziennik osobisty – 25 czerwiec 2018 cz.1

dnia

Nie wiem czemu jest mi tutaj tak trudno się zwlec z łóżka… Może przez ten upał, a może przez to, że słabo mi się tu zasypia… W każdym razie wstałam dzisiaj wcześniej niż zazwyczaj.

Kiedy tylko tu przyjechałam, od razu zaczęłam rozpytywać o wynajem łodzi, oraz o przewodnika do Nan Madol.

Dzisiaj właśnie był ten dzień, kiedy otrzymałam cały pakiet 🙂 W zasadzie chciałam dotrzeć do Nan Madol od strony lądu i wody, w praktyce natomiast wyszło inaczej. Nie miałam z tym problemu, bo dzisiejszy dzień był jednym z najlepszych, jaki mnie spotkały w podróży gdziekolwiek.

213

Dziwne, że w pewnych przypadkach oczekiwałam czegoś znacznie więcej, a dostałam mniej, natomiast w innych było zupełnie na odwrót. To jest właśnie ta nieprzewidywalność w podróżowaniu. Trzeba mieć otwarty umysł i być spontanicznym.

Na początku pojechałam z pewną dziewczyną, oraz chłopakiem pracującym w hotelowej restauracji do Nett. Ten chłopak wydawał się być bardzo nieśmiały, niewiele więc mówił. W radiu natomiast leciała żywa muzyka chrześcijańska. Pomyślałam, że naprawdę wiara musi odgrywać u nich dużą rolę, skoro nawet w samochodzie słuchają muzyki wychwalającej Jezusa. (sama słucham rocka i daleko mi do religijności XD)

Znaleźliśmy się w Nett Point – miejscu, gdzie można popływać, a także gdzie miejscowi urządzają pikniki oraz odpoczywają.

219

Stwierdziłam, że udam się tam ponownie któregoś dnia, żeby odrobinę popływać.

Następnie pojechaliśmy zobaczyć wodospad Ladaduniap. Jest to jeden z głównych wodospadów Pohnpei. Droga do niego okazała się dłuższa niż przewidywałam. Od zjazdu z głównej drogi, jechaliśmy drogą bez asfaltu – powoli i ostrożnie, bo wszędzie znajdowało się dużo dziur – taki urok wyspy 🙂

Ladaduniap to wodospad wysoki, ale wąski. Można się w nim kąpać, co kusi zważywszy na temperatury tu występujące. Nie jest on tak imponujący, ale trzeba przyznać, że robi wrażenie. To mój pierwszy taki wodospad widziany na żywo. Iście pocztówkowy, otoczony był zieloną, bujną roślinnością. Zresztą na tej wyspie występuje ona wszędzie. Przecież Pohnpei to ogród Mikronezji.

205

Żeby się do niego dostać, trzeba zejść/ wejść po schodkach. Nie jest on trudno dostępny pod tym względem, trzeba jednak uważać, by się nie poślizgnąć.

Jadąc samochodem, nie wiem, może to poranek bez kawy tak na mnie podziałał, lecz nie miałam zbytniej ochoty na długie rozmowy. Toczyły się więc typowo grzecznościowe wymiany uprzejmości i zdawkowe zainteresowanie. Cały czas myślami byłam już przy głównej atrakcji tego dnia.

Kiedy wróciliśmy do hotelu, od razu zabrałam się samochodem z Clatwin, czyli tej samej kobietki, która odebrała mnie z lotniska. Nie wiedzieć czemu, nie mogłam zapamiętać jej imienia, ale niestety zawsze miałam z tym problem, podobnie jak z zapamiętywaniem twarzy.

Pojechałyśmy najpierw do stolicy FSM – Palikiru. Jakimś cudem wydawało mi się że jest nią Kolonia. Sama stolica jest miejscem, gdzie znajdują się bardzo ładne budynki, zbudowane w stylu mikronezyjskim, jednak połączone z nowoczesną architekturą. Oczywiście są to budynki rządowe, więc niewiele poza nimi jest tam do zobaczenia.

Wypytałam Clatwin o prezydenta, ich dzień niepodległości itp. Największe wrażenie zrobił na mnie college – ogromny kompleks budynków w którym kształciła się młodzież.

-Clatwin a ty masz dzieci?-

-Mam dwoje, córkę i synka. Nie mam męża- wyznała, a ja od razu pomyślałam o Paulu. Mogliby się kiedyś poznać 😀

Bardzo fajna z niej kobietka i serdecznie się z nią uśmiałam. Nie czułam się skrępowana nawet wtedy, gdy milczałyśmy jadąc przez ogród Mikronezji, a zieleń była wręcz oszałamiająca.

-Piłaś już sakau?-

-Piłam, piłam – opowiedziałam jej o tym, jak udało mi się nabyć ten napój.

-Szkoda, ja wczoraj piłam, jakbym wiedziała to byśmy się umówiły-

Właśnie miałam jej powiedzieć, że chętnie bym spróbowała ponownie, bo w towarzystwie zawsze milej i nie miałbym nic przeciwko poznać ją bliżej, ale właśnie przystanęła przy rzece.

-Dzień prania- uśmiechnęła się.

190

Wysiadłyśmy z samochodu i przez chwilę przyglądałyśmy się paniom piorącym ubrania w rzece, podczas gdy dzieciaki kąpały się nieopodal. Zrobiłam parę zdjęć, lecz raczej starałam się to robić dyskretnie, by nikogo nie urazić, ani nie chciałam, żeby ktoś się poczuł jak w ludzkim zoo.

-Tak samo piorą kobiety w Maroku- powiedziałam.

-Tak?- odparła trochę zaskoczona.

-Jasne. Macie idealne warunki, wypierzecie i za pół godzinki ciuchy suche- nachyliłam się, żeby przyjrzeć się rzece – Czy są tu jakieś rybki?-

Clatwin wymieniła ich nazwę, a ja powtórzyłam powoli. Podobno moja wymowa jest dobra, jednak zapamiętanie słów w ich języku przysparza mi kłopotu.

Ostatecznie dotarłyśmy do Nan Madol!

184

Droga dojazdowa, po zjechaniu z głównej, podobnie jak w przypadku wodospadu Ladaduniap także sporo się ciągnie. Kolejny odcinek trzeba pokonać pieszo mijając przy tym prywatną posesję, przywitać się i uiścić małą opłatę.

181

Droga przez dżunglę to ścieżka wyłożona kamieniami, gdzieniegdzie obsadzona kwiatami, namorzynami, palmami…

107

Idąc tam byłam bardzo podekscytowana, a już pierwsze bazaltowe głazy można zobaczyć w miejscu, gdzie parkuje się samochód. Masywne kamienie są dopiero wstępem do tego co się zobaczy. Na końcu ścieżki bowiem wyłania się ogromna budowla.

Coś takiego pośrodku dżungli… To trzeba zobaczyć!

Po drodze mijamy siedzącego tam człowieka. Okazuje się on być wodzem, który pilnuje Nan Madol. Kiedy wracałyśmy, dzięki Clatwin miałam okazję go poznać i porozmawiać. Bardzo przyjemny i miły człowiek.

Zdjęłam swoje buty, a Clatwin dała mi swoje japonki, sama pożyczając je od wodza. Żeby dostać się do ruin, trzeba przeprawić się przez otaczające je kanały. Woda jest ciepła, a jedno dotknięcie bazaltowych kłód wystarczy, by przekonać się jak bardzo są nagrzane.

156

Wygramoliłam się jakoś z telefon i aparatem. Udało mi się powoli przedostać na drugi brzeg, prawie gubiąc przy tym nie swojego klapka, którego o mały włos nie zassał piasek z kanału.

Ostrożnie, choć utrudniała mi to ekscytacja, weszłam do miasta. Głazy są dość wysokie i potężne, o wiele bardziej niż przypuszczałam. Patrząc na zdjęcia człowiek nie zdaje sobie sprawy z ich rozmiarów, dopóki przed nimi nie stanie.

155

W Nan Madol zastaliśmy rodzinę pochodzenia Mikronezyjskiego, ale oni już wracali, więc zostaliśmy tam sami.

Część na której się znajdowałam to ta najbardziej zachowana. Jest to prostokątna budowla, gdzie wszędzie znajdują się porozrzucane kłody, a roślinność powoli pochłania to miejsce. Czuć korzenną woń namorzyn.

164

Pośrodku znajduje się mniejsza budowla z zadaszeniem i dołem. Podobno było to więzienie. Zaczęłyśmy obchodzić miasto, ale ja chciałam udać się bliżej oceanu. Nie wiem czemu. Moja intuicja nakazywała mi zmierzać w jego otwartą przestrzeń, do którego Nan Madol przecież także się otwierał od strony wschodniej.

158

Ten pociąg do dalekiego horyzontu nie jest dla mnie do końca zrozumiały. Z jednej strony ogarnia mnie strach na myśl o głębokiej wodzie, samotności na morzu i obawie o własne życie.

Z drugiej jednak strony…

Doszłyśmy do piaszczystego wybrzeża, a tam… pośród ruin zauważyłam Flavia. Białasa, którego minęłam w hotelu wracając z Sokehs. Miał na sobie kolorową, tropikalną koszulę i szorty w tym samym stylu. Poznaliśmy się i wymieniliśmy wrażeniami, prowadząc także zapoznawczą rozmowę.

Okazało się, że pochodzi z Włoch, ale mieszka w Afryce. Miło było zobaczyć europejską twarz i pogadać z kimś, kto rozumie moje zaplecze kulturalne.

Korzystając z okazji, udało mi się z nimi zrobić zdjęcie – Flavio zrobił fotkę mnie i Clatwin, natomiast ona mnie wraz z nim. Sympatyczne spotkanie.

131 xxx

134 xxx

Jest coś magicznego w tym miejscu, jak i również spokojnego. Unosi się tu aura tajemnicy i chodź widzisz to, co widzisz, to jednak masz wrażenie, że kryje się za tym coś więcej. Lecz mury milczą. Nie dlatego, że nie mogą nic powiedzieć, tylko dlatego że nie chcą…

Znam legendy, znam historię tego miejsca i opowieści o duchach, których nie wolno niepokoić nocą…

Kiedy wróciłam do Clatwin po samotnym spacerze pośród murów miasta, siedziała ona z wodzem. Usiadłam z nimi, oddając jej klapki i rozmawialiśmy o Nan Madol. Między nimi panowało porozumienie, szczególne dla lokalnych i małych społeczności.

Odniosłam wrażenie, że jest jakaś wiedza dostępna tylko im. Coś, co oni są w stanie zrozumieć, a co białemu człowiekowi niekoniecznie będzie dane dostrzec. Na pewno czułam to od wodza. Tytuł wodza jest bodajże dziedziczny, więc czy związana z tym jakaś wiedza także…?

To jest jednak to, co kochamy – tajemnica. Aura magii, którą czasem lepiej pozostawić sobie samej, niż odkryć dla świata…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s