Dziennik osobisty – 28 czerwiec 2018 cz. 2

Wszyscy wykąpaliśmy się w pierwszym wodospadzie. Szczerze mówiąc, dobrze mi to zrobiło. Schłodziłam się, dobrze się bawiłam i nabrałam sił na dalszą wędrówkę.

509 xxx

Drugi i trzeci wodospad były tuż nieopodal. Potem czekała nas wędrówka w górę rzeki. Na śliskich kamieniach nie trudno o upadek, lecz wszyscy szliśmy bez większych problemów. Natknęliśmy się także na przyczajonego węgorza w jednej z rzek. Był mniejszy niż te w Eels Pond, ale wspaniale było go zobaczyć.

22

MJ złapał także rzeczną krewetką. To takie małe przejawy życia tego miejsca. Trzymając ją w dłoni, pozwolił mi jej dotknąć. Mała, czarna z twardym pancerzykiem.

Poczułam się wtedy jakby pokazywał mi nieznany świat, mogłam odkrywać wszystko na nowo. Wydawało się, że widziałam już wiele i byłam dość znudzona wszystkim co mnie otaczało na tyle, że nie spodziewałam się wiele. A jednak ten świat był inny i chętnie go odkrywałam nawet przez takie drobiazgi.

Gdy zatrzymywaliśmy się na przerwę, MJ palił wtedy papierosa lub żuł betel. Ja nie spróbowałam go już ponownie, kiedy mnie częstował. Wystarczyło mi wrażeń z nim związanych jak na jeden dzień. Lubiłam za to obserwować MJa. Zastanawiałam się wtedy, jacy są prawdziwi Ponapejczycy.

28 xxx

Minęliśmy czwarty wodospad, a przy piątym zauważyliśmy innych ludzi.

10 xxx

-Nie jesteśmy tu sami- stwierdziłam oczywistość.

Podczas gdy ja fotografowałam piąty wodospad, MJ dołączył do innego przewodnika, który przyprowadził tam grupę amerykanów. Po chwili do nich dołączyłam i ja, przystając u boku moje młodego towarzysza, czyli jego brata.

6

Oczywiście nie obeszło się bez krótkich pogawędek z mijającymi nas Amerykanami. Chętnie z nimi zamieniałam kilka słów. Ich przewodnik pytał się skąd jestem. Nie wiem, czy oni kojarzą w ogóle Polskę, dlatego znów dodałam, że jestem z Europy. Amerykanie również mają problem z umiejscowieniem mojego kraju na mapie. Cóż…

Szósty wodospad stanowił większe wyzwanie. Żeby się do niego dostać, trzeba przepłynąć pewien odcinek drogi pomiędzy skałami. Z tej przyczyny, nie udało mi się zabrać aparatu. Plecak musiałam zostawić na kamieniach, choć chłopaki potrafili przemycić mój telefon. Dlatego też miałam możliwość zrobienia kilka zdjęć ostatniemu wodospadowi.

8 xxx

Po przepłynięciu na drugą stronę nie wyszliśmy od razu z wody, lecz przysiedliśmy na skalnej półce. Psy podążały oczywiście za nami. Łapa w łapę, noga w nogę. Byli to wierni towarzysze MJa. Mnie zanadto nie ufały, tylko jeden, czarny kundelek dał mi się pogłaskać i tym samym został moim ulubionym 😀

518

Czekała nas jeszcze chwila wspinaczki i ostatecznie, dotarliśmy do szóstego wodospadu. Wypływał z jaskini umiejscowionej parę metrów nad nami. MJ mówił, że spokojnie można się tam wspiąć… No chyba spokojnie dla niego, bo ja złamałabym sobie nogi, ręce, żebra i kark na samym końcu…

520

Znów towarzyszyły nam nietoperze. Nieliczne krążyły leniwie nad nami. Postanowiłam trochę popływać, lecz nie dopłynęłam do samego wodospadu. Kiedy tylko tracę dno pod nogami od razu czuję pewien dyskomfort.

Byłam zmęczona i lekko senna, usiadłam więc na jednym z kamieni i wpatrywałam się w spływającą wodę. Potem obeszłam to ukryte przed światem miejsce, na końcu znów przystając przed samym wodospadem. Podszedł do mnie MJ i staliśmy tak chwilę ramię w ramię. To musiał być piękny kadr, gdyby ktoś zrobił nam zdjęcie.

521

Nadszedł czas powrotu. Znów razem przepłynęliśmy ramię w ramię pomiędzy skałami, gdy jego brat zniknął wraz z psami, by ponownie pojawić się za jakiś czas. W zasadzie robił to przez cały dzień 😀 Mój plecak leżał dokładnie w tym samym miejscu, gdzie go zostawiłam.

Czułam już zmęczenie… Obserwując jednego z psów, który wybrał sobie dość ekstremalną drogę, bo szedł ponad nami na skałach, a my w dolinie rzeki, straciłam równowagę przez chwilę nieuwagi. Bałam się, że ten pies spadnie, a tymczasem on poradził sobie znacznie lepiej. Ja tymczasem poślizgnęłam się i wylądowałam w rzece…

Pierwsza moja reakcja to nie to, czy przypadkiem nie skręciłam sobie kostki, lecz czy nie zamoczyłam aparatu znajdującego się w moim plecaku 😀 Uwierzcie mi, że ten aparat przeżył niejedno i bardzo dobrze mi służy. Dlatego też ucieszyłam się, że jest bezpieczny, a plecak nie przemókł do cna. Telefon również był bezpieczny. Ucierpiała jedynie moja duma…

18 xxx

I kolano, jak się później okazało… Znów musiałam się zarzekać MJowi, że sama poniosę swój plecak. On także, zatrzymał się chwilę potem, bo zauważył, że krwawi mi kolano. Jeśli mam być szczera to nawet nie poczułam 😀 Obmyłam je wodą i stwierdziłam, że nic się nie stało. Nie było co się rozczulać nad takim draśnięciem – Polacy to twarde sztuki i takimi drobiazgami się nie przejmują 🙂

MJ prowadził teraz inną trasą. Nie wiem czy była trudniejsza, bo tak też mi się wydawało, czy po prostu zmęczenie wyolbrzymiało wszystko. Nie wracaliśmy w dół rzeki skąd przyszliśmy, tylko zaczęliśmy się wspinać po stromym zboczu. I tu przydała się pomocna dłoń mojego przewodnika – zawsze wiedział, kiedy mnie wesprzeć 😀

7 xxx

Góra, dół, góra, dół… Nie było łatwo, lecz się nie poddawałam.

Słyszałam jak MJ śpiewał. Nie miałam pojęcia co, ale nie chciałam, żeby przestawał. Jego głos był ujmujący. Mój żałosny widok – brudnej, mokrej i bez makijażu, pewnie podział na jego instynkty opiekuńcze, bo podarował mi jeszcze kwiatka, nazwy którego oboje nie znaliśmy, ale ten miły gest dodał mi nowych sił i otuchy 😛

Parliśmy naprzód przed siebie i w sumie to nawet nie wiem, czy tak naprawdę chciałam wyjść z tej dżungli. Nie chodziło tylko o walory tutejszej natury, lecz także o to, jak zatopienie się w ten świat miało na mnie wpływ… Tylko że to już opowieść nie na bloga 😉

-Jesteś szybki- powiedziałam do mojego przewodnika. Było to prawdą. Pomimo, iż szedł boso, poruszał się sprawnie i pewnie.

-Jesteś silna- odparł stojąc wyżej ode mnie. Kolejny dobry kadr, tylko fotografa brak.

13

Silna nie byłam, choć się starałam dorównać mu tempa. Byłoby mi niepomiernie wstyd, gdyby tak nie było. Raz, że było to kwestią mojej dumy osobistej, a dwa, że przecież Polaka jak kapcia – nie zatłuczesz 😀

Nie ma się jednak co oszukiwać, że bym mu dorównała…

To był jego świat. Nie mój.

Ostatecznie, kiedy dotarliśmy na miejsce skąd wyruszyliśmy, tam panowało już swoiste posiedzenie w najlepsze 😀

Mój kierowca, autostopowicz i dwóch innych mężczyzn siedziało i rozmawiało pod zadaszeniem. Pili przy tym sakau oraz najwyraźniej spędzali dobrze czas. I wtedy nadchodzę ja – czerwona na twarzy z wysiłku, brudna, mokra i omdlewająca z gorąca 😀

Byłam z siebie zadowolona i strasznie cieszyłam się z tej przygody. Musiałam jednak szybko usiąść i chwilę odpocząć. W tym czasie przedstawiono mnie panu siedzącemu z nimi, który okazał się być wodzem Kitti – rejonu w którym się obecnie znajdowaliśmy.

Podobnie jak w Polsce, takie posiedzenie oznaczało, że do hotelu szybko nie wrócę… 😀 Siedziałam więc tak sobie, popijając mleko kokosowe z prawdziwego kokosa, przyniesionego mi przez MJa. Poczułam się wtedy naprawdę wspaniale.

-Jesteś najlepszy-

37

Kobietki oferowały mi ręcznik, a nawet spódnicę na przebranie, lecz nie chciałam im sprawiać kłopotu. Moje ubranie było wilgotne, ale w zasadzie przestało mi to przeszkadzać.

Wódz to mężczyzna o bardzo  pogodnym usposobieniu można by rzec.

-Masz rodziców? W sensie, czy twoi rodzice jeszcze żyją? – zapytał mnie Viner.

Z nim i gospodarzami domu sama piłam teraz sakau – narodowy napój tej wyspy.

-Tak, żyją- odpowiedziałam.

Wódz, czyli starszy mężczyzna po 50, z brzuszkiem i znacznymi brakami w uzębieniu, uśmiechał się serdecznie i przyjacielsko. Był kolejnym, którego miałam przyjemność poznać. Pohnpei jest bowiem podzielone na pięć części i każda z nich ma swojego własnego wodza.

-Siostry, bracia?-

-Jedna siostra, już zamężna-

-Tylko jedna? – upewnił się –No to patrz, spokojnie możesz ich tutaj sprowadzić. Bo widzisz, wodzowi żona już zmarła jakiś czas temu i…-

-O nie, nie – starałam się przerwać rozmowę zanim będzie za późno –Chyba wiem dokąd zmierza ta konwersacja- śmiałam się.

Między nami krążyło kokosowe naczynie wypełnione błotnistym napojem sakau. Pijąc je razem z Ponapejczykami, głównie mężczyznami, przysłuchiwałam się ich rozmowom w języku, którego nie rozumiałam. Czuć było silną woń korzeni.

Siedzieliśmy na dworze przy kamieniu do robienia sakau, jednak pod drewnianym zadaszeniem przylegającym do domu. Razem z nami znajdowało się tam przepiękne, czerwone canoe, więc można by uznać to miejsce częściowo za tropikalny garaż, a częściowo za tropikalna altanę.

MJ przejął teraz rolę mistrza ceremonii i zajął się przygotowywaniem sakau.

-Obserwuję cię- powiedziałam z uśmiechem, bo nawet nie kryłam się z tym, że na niego patrzę jak przyrządza sakau.

Korzenie rośliny z której napój jest przygotowany najpierw ugniatał kamieniem, następnie dodał odrobinę wody i całą tą papkę ułożył wzdłuż długich liści hibiskusa. Kiedy w odpowiedni sposób je potem skręcił i ścisnął trzymając liście z obu stron, błotnista maź skapywała do kokosowego naczynia, które trzymał młody chłopak. To właśnie było świeże sakau które piliśmy.

Rozmowa toczyła się to po angielsku, to po ponapejsku. Wódz raczej preferował ojczysty język, być może nie był biegły w tym drugim.

W pewnym momencie Viner wstał i wygłosił uroczystą mowę. Mogłam to wywnioskować po tonie jego głosu i mowie ciała. Mówił po ponapejsku, a kiedy skończył wszyscy zaczęli klaskać z aprobatą. Zrobiłam to samo w myśl zasady – jeśli jesteś w Rzymie…

Wytłumaczył mi potem, że dziękował za ten wieczór, za towarzystwo wodza oraz i moje. Za to, że przyjechałam z końca świata na ich wyspę, która niejako jest przecież tylko kropką pośród oceanu…

-Nie ma na świecie miejsca, w którym chciałabym być teraz bardziej- powiedziałam z uśmiechem. Być może tak samo, jak Jan Kubary kiedyś.

Nie robiłam zdjęć. Nie nagrywałam też filmików. Może trochę szkoda, ale ja jednak wolałam się skupić na tym, co się dzieje tu i teraz. Chłonąć te chwile, do których już nigdy nie powrócę. Poza tym, wyjmując aparat czy telefon zburzyłabym tę specyficzną atmosferę. Jakiś rodzaj szacunku dla tej chwili nie pozwał mi sięgnąć po niego sięgnąć.

Był to dla mnie dość magiczny wieczór. Z nimi, gdzieś na końcu świata. Tak skromnie i tak szczęśliwie.

Kiedy zrobiło się dość późno, nadszedł czas pożegnania. Podziękowałam i wyraziłam życzenie ponownego spotkania… kiedyś…

I tak odjechaliśmy. Przygoda się skończyła.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s